W WIGILIĘ CODZIENNOŚCI
listopad 6, 2011 on 5:56 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyNa białym śniegu ślady kuropatw,
W nocy dziś nie sypało.
Popchnięty słońca szturchnięciem opadł
Cień, co zasłaniał cudne widziadło.
Schody szerokie jak drzwi stodoły
Dwa, albo trzy na werandę
Pachnącą lasem, bo z całkiem gołych
Desek urody sękato-hardej.
Stół przyciężkawy – na nim orzechy,
Jabłka – za róg schowany,
Chłodem wieczoru rozliczyć grzechy
pled czeka, fotel trochę bujany.
Pan Zdzich, listonosz z torbą przez ramię,
Gest pozdrowienia z daleka,
Mija i znika w szumiącej trawie.
Wieści od świata już mam, nie czekam.
SZCZYPTA MIGDAŁOWEJ ŁUPINY
październik 9, 2011 on 2:08 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyMigdałowo otumanił się czas. Świat jesienią
Wziął w posiadłość zapachem, porozpalał, zrumienił.
Przyczajony, rozpuścił poskrywane gdzieś moce,
Intrygował, rozdrażniał, wachlarz zdarzeń roztoczył.
Prócz zmysłowych pomieszań pochłanianych, omamił.
Rozsmakował goryczką kawy łyk z migdałami.
Porozczulał pół na pół, lubieżnością troskliwie,
Zmatowioną chropawość wschodem wiary rozszkliwił.
Jesiennego, gdy czasu pół łyżeczki zabraknie ,
Pozapada w głąb śnieżny chęć do życia. Bez łaknień
Pozostanie w niewoli już na zawsze uśpiona.
Zamarzanie nie boli, tak przyjemnie się kona.
CIERPLIWOŚĆ
październik 3, 2011 on 5:00 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyJeszcze jeden łyk, jeszcze łyk,
Żeby stępieć do marnej reszty.
W kącie stawiam żal, złość i krzyk,
Obok stare, zdarte podeszwy.
I do Ciebie głodne pretensje
Duszę, palę, topię, rozrywam,
Że pachnące, białe hortensje
Ktoś w zastępstwie ponadużywał.
Że w zimowym, śnieżnym ogrodzie
Rozgartałeś dłońmi kominek
Na jutrzejszy ranek. Na “codzień”
Zasiewaleś w chleb oziminę.
Nie mów do mnie: dobra, cierpliwa,
To są brednie niezdrowej pychy.
Pusto już, a ciągle ubywa.
Lepiej wznieśmy za nic kielichy.
CZARNA MORWA
wrzesień 20, 2011 on 8:02 po południu | W ARCHIWUM | Brak komentarzyW bogatym cieniu morwy
Znajdujesz mnie
Księżycem uwiedzioną.
Aureolki owoców
W chłód nocy
Obiecują zasłonę.
Co za mrok! Świetlikowe
Rozjarzenie
Przez dziurawość korony
Na arenie pod morwą.
Co za mrok,
Świetlikowo gaszony.
Z ODDALI CZASU
wrzesień 11, 2011 on 9:45 po południu | W BEZ-MIARY | 1 komentarzSłowa…, to takie ulotne,
W gestach skryte znaczenia.
Gra oddech niczym grzechotnik
Na wspomnienie wspomnienia.
Noc pomrukiem zwabiona
Łasi się nonszalancko,
W zwojach ciszy welonu
Stracona arogancja.
I Twoja byłam cała
Od zmierzchu po brzask jutrzni.
Niech noc by jeszcze trwała,
Niechby… kiedyś odpocznie.
PAŹ
sierpień 13, 2011 on 8:06 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyUpić bym się chciała tak bardzo,
Ze zrozumiesz, czym drżą moje ręce.
Podstępnie ululać swoją hardość,
Rano z kacem się minąć w łazience.
Swoich słów nie pamiętać , ot pustka,
Przeświadczenie mieć tylko niejasne,
Że ten motyl, co mi usiadł na ustach
Brzegiem snu dziś odfrunie do jaskiń.
ŚWIATŁO W PRYZMACIE
lipiec 31, 2011 on 12:48 przed południem | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyTak jednostajnie pada.
W zakamarkach czai się. Zdrada?
Nie zdrada to. Niepokoje,
O wiosny, lata, jesienie,
Że głupi przypadek zmieni,
Zamknie księgę na stronie,
Tej przedostatniej.
REMONT
lipiec 22, 2011 on 9:55 przed południem | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyWróżę z wąskiej bruzdy na ścianie
I ze zmarszczki na Twoim policzku.
Rzucam czar: niechaj się stanie,
Zgiń, przepadnij maro prześliczna.
Nimfy błotne blado-niebieskie
Wspominają z bagien rozkosze,
Twoich ramion spragnione jeszcze,
Wiotkie ciała kładą na nosze.
Na tych błotnych grałeś w pejzaże
Wyrysowane z błękitów,
Mocnym śladem wdeptane od wrażeń,
Twoich tam, zdrapuję z sufitu.
PRZYKROŚĆ I SMUTECZEK
czerwiec 16, 2011 on 11:09 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyDzisiaj poszłam spać bez Ciebie,
Nie mam miejsca w swoim niebie,
A i niebo niebne mało,
Zazgrzytało, nie zagrało.
Gdzie jest w Tobie ten, co słucha?
Brak mi ciut żywego ducha,
Do poduszki martwej szepcę:
Przyjdzie jutro, będzie lepsze.
OGRODY
czerwiec 5, 2011 on 6:37 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyRóżany
Wiosna, taka dość późna, a może wczesne lato? Zieleń aż kipi, przelewa się z powierzchni do głębi. Między zielenią białe i herbaciane z dyskretnym oczekiwaniem i purpurowe, aż krwiste boleśnie od pragnień. W południa grząskim cieple czas zawisł, oddech łapie z trudnością, lekkie powiewy wiatru znikąd donikąd muskają i drażnią. Mierzyć się chcą chełpliwie z czułością Twoich rąk. Wiatr, co on wie, próżniak, o czułości… Nie widział i nie usłyszy takich dotknięć, których namacalność powstaje między Twoją a moją myślą nieuchwytną.
Za drzwiami, o wieczora porze, gdy księżyc daje znaki subtelne zza chmury skłębionej od żądz powstrzymywanych, półmrok się skrada. W marzeniach odwiecznych chce być świadkiem spełnienia.
Od gorąca słonecznego, czy to od przelewu zieleni pomieszanej z herbatą i purpurą, czy może pragnień naszych niepokojąco-rozżarzonych, we wnętrzu zapachniało zmysłami. Każdy strzęp wdychanego powietrza nasycony jest wonią róż dzikich i tęsknoty za wyłącznością spojrzenia, dotyku, wyłącznością lędźwi wulkanem buchających od dna samego aż do szczytu. I tęsknoty za jedyną we wszechświecie wyłącznością ukołysania.
Zielony
Od świtu przeglądającego się w lustereczkach wody usadzonych gęsto a nabrzmiale, tknąć tylko, a zleją się zebrane ku sobie strugą błądzącą…; od świtu tego zmierzchania wyczekujemy. Drobnych myśli kropelki pochłaniane suchym gruntem zachłannie, w urodzaj z pęczniejących ziaren wolą własną swą wykiełkować by i wzrosnąć mocą zieleni soczystej pędami.
Ciepłem południa nakarmiona, upojona smakiem płynącego zewsząd przedwieczoru, wyłuskuję i zgarniam porozpierzchane drobinki, które od Ciebie w podarunkach dnia długiego dostałam nierozmyślnie.
Przywołane imieniem z oddali, otwierają się wrota Twoich ramion, zanurzają się dłonie w łaknień pomieszaniu. Czerpię z Twych źródeł i oddaję Ci w przepełnieniu prawami natury odwiecznej naczyń połączonych.
Burzowy
Noc, jeszcze niepewna taka, powściągliwa. Suknia granatu przeziernego osłania kuszące jej obrazów kształty. W gęstwiny cieniu namacalna, nieuchwytna w polany, jasności plamy, umykając. Budzi i zagarnia połami szat uroki dniem uśpione. I zabiera je z sobą. W strony niepokojące zmierza, co burzy dalekiej głosami się odzywają. W nieokiełznanych rozkoszy stronę. A wabią, a wołają.
Chodź, pokażę Ci noc w tańcu z wichrami, jej suknie niecierpliwie zrywają. Zobaczysz nagości pełnię. Chodź, błysk usłyszysz rozpruwający na kawałki niebo, nim gromami opadnie. Poczujesz wilgne preludium nim obfitością spłynie na Twoich bioder rozkołysanie. Chodź…
Wpisy i komentarze feeds. Valid XHTML and CSS. ^Top^ Powered by WordPress