KASKI DWA

czerwiec 7, 2008 on 11:35 po południu | W POWAGA JEST TO... :) | Brak komentarzy

Znaleźli sie dwa kaski. A straszyli już co poniektóre, że zabawa będzie, ale rozgoniona! Ale się znaleźli w czas. Toż to radość przeogromna! Bo sie zgubili, a nowe byli. Żałość i smuteczek – przeokrutne oba byli. Ale znikli wzieni, znaczy kaski prześliczne byli, a znaleźli się, a nie tamte ponuraki się znaleźli, co ich nikt nie szukał – no żesz z tej radości to pomieszania dostać nietrudno. Doprawdy!!! A pojąć, to czy to tak trudno?! Bo kaski znalezione – nowiusieńkie, ni zadrapki jednej- oglądnięte ze stron wszystkich. I błyszczące obadwa. Ino dzie one podziewali się czasu tyle, a? Toć szukała, pomocy wołała- i nic. Kamień, kaski znaczy – we wode. Ale suche jakieś , to musi nie we wodzie one byli… Chyba, że… położył kto miłosierny… Idzie, patrzy - dwa kaski we wodzie leżo na dnie… i czego tam leżo? Myśli se tak se idąc , a co one tam robio we wodzie? Kaski we wodzie … , toż dziwne takie, gorzej  dziwne,  niż góźdź żelazny na drodze! To se pomyślał – ot jaki myślący sie trafił – a… wezne i .. na słoneczku położe, wyschno może, to i się komu przydadzo. Toć wyschli i przydali się, jak w sam raz! :D

Naści, pomysłodawco (Iza.G) : alleluja, abo coś :D

BUJANIE

czerwiec 6, 2008 on 9:26 po południu | W ARCHIWUM | Brak komentarzy

Zabrzmiała nuta fałszywa… No,  fałszywa ona, jak nic. Gdzie ten fałsz tak dokładnie i po co? Albo- dlaczego raczej? Jak mawiali onegdaj bardzo: nie na śliczną to główkę niewieścią rebus. Cały mordunek  o kant potłuc okrągłości wszelakich.

Niebywałe, jak się plączą same od siebie, zawsze równiuśko układane – i zawsze jednako splątane kabelki od słuchawek. Ki czort z tym poplątaniem? I inne układane ze szczególnym staraniem pomięszania dostają od nowa.

Nic, tylko stracha na wróble machnąć – powiada gwiazdor mediów, co karierę zrobił – skromnie rzecze – dzięki audycjom płochym. Takie to chłopackie żarciki, co i się na nich wyznawać nie muszą dziewuchy tako samo płoche.

Ładne , oj ładne, no nic z tego, nic zupełnie i nijak pojąć się nie daje.

Od jakiego żarcia to? Dłuuuuugo by opowiadać…

URODA TAKA

czerwiec 6, 2008 on 9:36 przed południem | W ZWYCZAJNA WIOSNA | Brak komentarzy

Straszyły ludziska, że fiołki przekwitły już. Laboga i nie do wiary!!! No i pewnie, że nie do wiary. A co ja tutaj w kieliszku widzę takiego, z główką małą, żółtawą, oczkiem ciemnym, do bratka podobnego? Jakiego podobnego?! A bratek – to co to takiego? Ten – to dopiero panoszy się z kolorami. Od bieli niewinnej przez wszystkie - innym kwiatkom właściwe – do czarnego aksamitnego, mrocznego.

A w kieliszku pić podano wody rześkiej a pożywnej – fiołku :) polnemu polano po brzegi.

Fiołków w świecie – zatrzęsienie, Państwo moi.

Wonne, Skalne, Leśne. I Przedziwne! I Rogate! A wymagające toto ?! A światła potrzebuje?! A w półcieniu najlepiej?! Skaranie! I jak tu dogodzić? Widać – można, jak ich tyle i wszędzie. A wszystkie w ostrogę… uzbrojone? Hmm ,… ostrogą obdarzone.

A ludziska straszyły, straszą i straszyć będą. Taka ich uroda. :)


NIKT

czerwiec 5, 2008 on 2:36 po południu | W ZWYCZAJNA WIOSNA | Brak komentarzy

Postawiła na baczność niebo.

Piekło – na łopatki rzuciła.

Świat na komendę czeka…

Zadziwiona…? Oszołomiona…?

Kto ona, że …

Świat cały, niebo, piekło poruszone takie.

Nikt ona.

Cały swój świat, niebo i piekło swoje – oddane ma pod rozkazy.

KRACIASTA KOSZULA…

czerwiec 3, 2008 on 7:29 po południu | W ZWYCZAJNA WIOSNA | Brak komentarzy

A orkiestra zagrała nutę rzewną. Śpiewa dziewczę z lokami do ramion.

Patrzą w siebie z daleka. Powieka nie drgnie nawet. Żadna. Idą wolno do siebie przyciągani siłami kosmosu. Już są. I podaje jej rękę, a drugą kładzie… szczelnie na plecach, na brzegu samym bluzeczki cienkiej, kusej. Przyciąga do siebie nieznacznie, ciut. Ręce jeszcze zdrętwiałe, oczy za to w obłędzie niemocy i ognia. Jego ręka na talii – bardziej szczelnie nie można. Palce pragną się dostać do… wnętrza? Jej palce w ramię się wpiły i zgniotły w bezsile koszulę kraciastą. Te centymetrów kilka między nimi wśród tłumu, jak kilometry lat świetlnych i nie można ich przebyć… niczym.

Można tylko…, jedynie… ująć w rękę swoją grzbiet jej dłoni i wnętrzem do koszuli kraciastej mocno przycisnąć…

LECZ…

czerwiec 3, 2008 on 12:05 po południu | W ARCHIWUM | Brak komentarzy

 

 

Oporna jest taka na rady niektóre

Lecz

Wie już: mniej w dół , a więcej patrzeć jednak w górę.

 

Powiadają, że z góry wszystko lepiej widać

Lecz

Warunek jest taki: masz się czego trzymać.

 

Chwycić, ufać. Oglądać losów świata fale

Lecz

To zdarza się rzadko…, rzadziej… albo wcale.

 

Gdy ze złudzeń utkany za poręcz masz sznurek

Stań mocno na ziemi i patrz tylko w górę.


ZAKLINACZ… KONI?

czerwiec 2, 2008 on 8:36 po południu | W ZWYCZAJNA WIOSNA | Brak komentarzy

Jak szczęśliwy jest koń uwolniony z umysłu szaleństwa,

Kiedy w galop przechodzi spokojny, a szybki.

I gdy przestrzeń przemierza kopytami pewnymi,

Kiedy grzywa harmonią z wiatrem zgrana.

Oczy dzikie i błędne niedawno

Teraz patrzą przyjaźnie, z mądrością.

I w niepamięć już poszły jego szarże okrutne

Przeciw wrogom zmyślonym, wbrew sobie.

Ktoś zaklęcie to zdjął.

Ktoś potrafił to zrobić.

Ktoś, kto wierzył i w siebie, i w niego.

Ktoś, kto nie bał się podejść

I przyklęknąć się nie bał.

Pytał – wiedział.

Nie czekał na odpowiedź.

ROZCZOCHRANIEC

czerwiec 1, 2008 on 5:50 po południu | W ZWYCZAJNA WIOSNA | Brak komentarzy

 

Rozczochrana snu swego bajaniem

Coś układać próbuje niezdarnie

Świergot innych, gołębia gruchanie,

Róże wschodu - pomagają w tym marnie.

 

A przeszkadza – drgająca powieka

I na szyi ściśnięcie, jak sznurem

I dwa ślady na niebie, jak mleka

Wylanego dwie strugi ponure.

 

Rozczochrane swe myśli przekłada

Z pudełeczka jednego w kolejne.

Białe te, a tym  imię „czarne” nada.

I na odwrót – zamiary są chwiejne.

 

Końce palców zrobiły się białe

Od mocnego uścisku poręczy.

Bo na czerni- świetliki czy cekiny to małe,

To na bieli ślad ciemny znów drażni i męczy.

GRANAT

czerwiec 1, 2008 on 4:07 po południu | W KAMIENIE | Brak komentarzy

A o czym to opowiadać będzie? Kamień, co na drodze? Pocisk, co w strzępy rozerwać może? Czy owoc, co słodki i cierpki zarazem. Pragnienie ugasi w mgnienie, a poplami, że nie zmażesz tego. GRANAT.

Sam świetlisty, a i Ciebie prześwieci na wskroś. Wszystkie kolory jego prócz jednego – błękitnego. Czy to gwiazda nieznana nikomu, z konstelacji uciekła, jedna taka w kosmosie ukrywa się wciąż? Czy kota dzikiego źrenicy to błysk?

Czy moc posiada tajemną? Niepotrzebna mu moc taka. Sam jest  mocą i siłą, choć nie diament to… jeszcze…

LABRADORYT

czerwiec 1, 2008 on 3:28 po południu | W KAMIENIE | Brak komentarzy

Wyspa – za mało dla niego. Na półwyspie go znajdziesz na pewno. Kruchy i przezierny LABRADORYT.

Spękany głęboko i płytko. Szlifem gładkim się starasz – zostają te bruzdy najgłębsze. Fasetem chcesz chronić od ciosu - próbuj. Nie zdążysz – muszli krawędzią się uzbroi i w muszlę zamknie. Zadraśniesz ledwo– rysa biała zostanie. Dłonie … niezdarne zetrą na proch biały. Wyraźnie wielobarwny się staje , gdy siła magnetyczna go muśnie ukradkiem . I migotliwy w barwach tęczy skradzionych.

I taki perłowy.

I zielony, bardzo zielony…

« Poprzednia strona

Wpisy i komentarze feeds. Valid XHTML and CSS. ^Top^ Powered by WordPress