PSTRYK

maj 31, 2010 on 6:00 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzy

Pstryczek, wyłącznik, ten od ważności mam pod samym sufitem.
Kopczyk do niego w tempie karmienia, jak w zlewie gary niemyte.

Działa wyłącznie nieracjonalnie, na doznań papilarę.
Ani pilotem, ni patykiem, w nagrodę czy za karę.

Działa wyłącznie dość znienacka, ciemność nagle zapada.
Poręczy szukam po omacku, spadam. Długo się spada.

Pokoju wnętrze budował pewnie psotny jakiś architekt.
Włącznik, pstryk od ważności – drugi, też pod samym sufitem.

AFRODYZJAK

maj 28, 2010 on 5:45 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzy

Tamtego pana otumanił wzroku zmysł – usta… włosy…
Zalęgło mu się, jak robactwo, odrasta zawsze z wrzosem.
Tamtemu świat zawirowany, na rauszu permanentnie
Od zwiewnych gestów, lekkich kroków…, przestało być mu smętnie.
Tamten, zmęczony prozą życia, uwiódł się słowa graniem.
Ten takt, ten rytm, harmonii kunszt…, fletnią koncertowanie.
Tego pochłonął zapach drzewny, bergamotno-szyprowy.
Utonął w nim, zapomniał się od stóp po czubek głowy.

Tak… na chwileczkę, nikt nie widzi, na jedno okamgnienie
Pozapadani w jaźń, bezgrzeszni, nasiąkają natchnieniem
Do przytulania innej kobiety, tej ważnej, tej, co czeka.
A afrodyzjak? Na piedestał! Wszak widać i z daleka.

PRAWDY NIEWIARY

maj 28, 2010 on 5:41 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzy

Z martwych powstaną muchy,
Te w nosie. Że “Zmartwych” niegodne?
Głód zamknąć, zmiąć w paluchy.
To nałóg, nie żadne tam “głodne”.
Na odwyk od pragnienia,
Rzucić to w diabły, nie tykać.
Na widok choć kropli cienia
Nogi za pas i umykać.
Tkliwe brzęczyszczydełka
W wiązki i ciasno przewrósłem.
Duże i małe skrzydełka
Poderżnąć, w puch jednym gusłem.

Zadrę i w gładkiej podłodze
Namacam, kiedym goła.
Nie każdy wądół na drodze
Daje się wziąć między koła.

A JEJ SIĘ ZAGAPIŁO

maj 11, 2010 on 6:45 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzy

Błysnęła udkiem raz czy dwa,
Bo to terminy…, bo ptaków trele…
Pewnie zajęcie pilne ma,
Że jej nie w głowie brzęczy-trzmiele.

By już nie było, że przyszła z niczym,
Kwiatków rzuciła ot, w międzyczasie.
W ukryciu swoim tajemniczym
Gdzieś zapomniała o woniach krasie.

Lato w zastępstwie przyszło na dwa dni,
Niespodziewanie, to i dziwiło
Oparem dusznym. Miast mącić sny
Napaścią szaleństw, ciężarem mdliło.

Dziś rano w suknie wdziała się strojnie.
Szumiąco, prosto w sady z wysoka,
Latawcem z drogi zziajanym znojnie.
Zapominajkom puściła oko.

PO MANOWCACH

maj 11, 2010 on 6:39 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzy

I znowu Anioł pot obtarł z czoła,
Ależ ci jazda niezbyt wesoła.
Po zagajnikach, w malin krzaczory,
Zadek obdarty, w palcach zadziory.

Sukienki strzępy w gałęziach, w trawie…
Szczęściem, ze gubić chciała łaskawie.
Po czym że innym szukać dzikusa?
„Hop, hop” nie wrzeszczy, w dodatku kusa.

Ileż się wdawał w spory zażarte!
Mówi: wie lepie! Ot i uparte.
Podstawić nogę trza nie raz było,
Żeby się do cna nie zapędziło.

W podzięce drapać chciała i gryźć.
Śpi wreszcie lekko. Aż szkoda iść…

Wpisy i komentarze feeds. Valid XHTML and CSS. ^Top^ Powered by WordPress