PRZYKROŚĆ I SMUTECZEK
czerwiec 16, 2011 on 11:09 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyDzisiaj poszłam spać bez Ciebie,
Nie mam miejsca w swoim niebie,
A i niebo niebne mało,
Zazgrzytało, nie zagrało.
Gdzie jest w Tobie ten, co słucha?
Brak mi ciut żywego ducha,
Do poduszki martwej szepcę:
Przyjdzie jutro, będzie lepsze.
OGRODY
czerwiec 5, 2011 on 6:37 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyRóżany
Wiosna, taka dość późna, a może wczesne lato? Zieleń aż kipi, przelewa się z powierzchni do głębi. Między zielenią białe i herbaciane z dyskretnym oczekiwaniem i purpurowe, aż krwiste boleśnie od pragnień. W południa grząskim cieple czas zawisł, oddech łapie z trudnością, lekkie powiewy wiatru znikąd donikąd muskają i drażnią. Mierzyć się chcą chełpliwie z czułością Twoich rąk. Wiatr, co on wie, próżniak, o czułości… Nie widział i nie usłyszy takich dotknięć, których namacalność powstaje między Twoją a moją myślą nieuchwytną.
Za drzwiami, o wieczora porze, gdy księżyc daje znaki subtelne zza chmury skłębionej od żądz powstrzymywanych, półmrok się skrada. W marzeniach odwiecznych chce być świadkiem spełnienia.
Od gorąca słonecznego, czy to od przelewu zieleni pomieszanej z herbatą i purpurą, czy może pragnień naszych niepokojąco-rozżarzonych, we wnętrzu zapachniało zmysłami. Każdy strzęp wdychanego powietrza nasycony jest wonią róż dzikich i tęsknoty za wyłącznością spojrzenia, dotyku, wyłącznością lędźwi wulkanem buchających od dna samego aż do szczytu. I tęsknoty za jedyną we wszechświecie wyłącznością ukołysania.
Zielony
Od świtu przeglądającego się w lustereczkach wody usadzonych gęsto a nabrzmiale, tknąć tylko, a zleją się zebrane ku sobie strugą błądzącą…; od świtu tego zmierzchania wyczekujemy. Drobnych myśli kropelki pochłaniane suchym gruntem zachłannie, w urodzaj z pęczniejących ziaren wolą własną swą wykiełkować by i wzrosnąć mocą zieleni soczystej pędami.
Ciepłem południa nakarmiona, upojona smakiem płynącego zewsząd przedwieczoru, wyłuskuję i zgarniam porozpierzchane drobinki, które od Ciebie w podarunkach dnia długiego dostałam nierozmyślnie.
Przywołane imieniem z oddali, otwierają się wrota Twoich ramion, zanurzają się dłonie w łaknień pomieszaniu. Czerpię z Twych źródeł i oddaję Ci w przepełnieniu prawami natury odwiecznej naczyń połączonych.
Burzowy
Noc, jeszcze niepewna taka, powściągliwa. Suknia granatu przeziernego osłania kuszące jej obrazów kształty. W gęstwiny cieniu namacalna, nieuchwytna w polany, jasności plamy, umykając. Budzi i zagarnia połami szat uroki dniem uśpione. I zabiera je z sobą. W strony niepokojące zmierza, co burzy dalekiej głosami się odzywają. W nieokiełznanych rozkoszy stronę. A wabią, a wołają.
Chodź, pokażę Ci noc w tańcu z wichrami, jej suknie niecierpliwie zrywają. Zobaczysz nagości pełnię. Chodź, błysk usłyszysz rozpruwający na kawałki niebo, nim gromami opadnie. Poczujesz wilgne preludium nim obfitością spłynie na Twoich bioder rozkołysanie. Chodź…
Wpisy i komentarze feeds. Valid XHTML and CSS. ^Top^ Powered by WordPress