KASKI DWA

czerwiec 7, 2008 on 11:35 po południu | W NIE CAŁKIEM POWAŻNE | Brak komentarzy

Znaleźli sie dwa kaski. A straszyli już co poniektóre, że zabawa będzie, ale rozgoniona! Ale się znaleźli w czas. Toż to radość przeogromna! Bo sie zgubili, a nowe byli. Żałość i smuteczek – przeokrutne oba byli. Ale znikli wzieni, znaczy kaski prześliczne byli, a znaleźli się, a nie tamte ponuraki się znaleźli, co ich nikt nie szukał – no żesz z tej radości to pomieszania dostać nietrudno. Doprawdy!!! A pojąć, to czy to tak trudno?! Bo kaski znalezione – nowiusieńkie, ni zadrapki jednej- oglądnięte ze stron wszystkich. I błyszczące obadwa. Ino dzie one podziewali się czasu tyle, a? Toć szukała, pomocy wołała- i nic. Kamień, kaski znaczy – we wode. Ale suche jakieś , to musi nie we wodzie one byli… Chyba, że… położył kto miłosierny… Idzie, patrzy – dwa kaski we wodzie leżo na dnie… i czego tam leżo? Myśli se tak se idąc , a co one tam robio we wodzie? Kaski we wodzie … , toż dziwne takie, gorzej  dziwne,  niż góźdź żelazny na drodze! To se pomyślał – ot jaki myślący sie trafił – a… wezne i .. na słoneczku położe, wyschno może, to i się komu przydadzo. Toć wyschli i przydali się, jak w sam raz! :D

Naści, pomysłodawco (Iza.G) : alleluja, abo coś :D

ŚWITANIEC :D

maj 18, 2008 on 11:06 przed południem | W NIE CAŁKIEM POWAŻNE | Brak komentarzy

Czy świtanie na rybaniu,

Czy rybanie o świtaniu?

A świtaniec taki jest:

„Skromność zdobi mężczyznę. A prawdziwy mężczyzna nie powinien się zdobić” :)

OBLICZA CZUŁOŚCI :D

maj 16, 2008 on 9:44 po południu | W NIE CAŁKIEM POWAŻNE | Brak komentarzy

A gdzie lilaki białe? Są i białe. A w środku łąka. Na łące krowa. Uśmiechnięta. Dobra już, niech będzie – miło wyglądająca. Ni chuda, ni opasła zbyt. Taka – ani to mięsna , ani to mleczna? O ho, ho! Poleciało się … zbączeniem? A nie! Ino skojarzenie takie z wizytą lekarską obchodem (?) zwaną. Na oddziale noworodkowym. Kiedy matka Polka pewna – zdeterminowana do … białości? Eee tam. Do białości – to rozpalona by była. A ona była zawścieknięta, bo jej słuchać nie chcieli, a rady durne dawali. Od rad przednich to jej się w bebechach kolebało od wody małego wiadereczka… i tyle z nich. A ona domagała się wściekła taka i na wszystko gotowa – medykamentu – na litość! Na mleczność znaczy. A medyka „dowcipnego” – a jakże, refleksja na ten przypadek naszła taka: no proszę, ani mleczna , ani mięsna zanadto. O czym to …? Wiadereczka małego…? , jak dla krówki chorej… ? Mam! Czyli co, mamy sympatyczną krowę na środku łąki w otoczeniu kwiecia białego bzowego.

Tak, jakby „zjechywałam” ociupinkę? Żadne takie! Krowa zmierza w stronę mą. Bać się nie ma czego – uczyli. To czekam bez bojaźni – ale o co chodzi? Morda krowięca - „ morda w mordę”. I jak to u krowy, oczy wielgachne, a rzęsy?! Pozazdraszczać! Ni z tego, ni z tamtego i bez ostrzeżenia żadnego, i ani my na spacer nie poszli, ani w kinie nie byli i kwiatów… niech będzie, zaliczone! Kwiatów dostatek. Wielki ozór – jakby w kinie…? tempo jakieś zwolnione… zaliczyć to?– na całej połowie ( ależ i złożenie przewrotne udało się) make –upa!!! Pospacerować zostało :D

A skądże taka czułość niewymowna ( bo i nie) i czymże zasłużona???

I jak tu się odwdzięczyć równie…no, równie?! :D

KARUZELA Z MADONNĄ JEDNĄ :)

maj 12, 2008 on 11:53 po południu | W NIE CAŁKIEM POWAŻNE | Brak komentarzy

Ranek ładny, jak żadny. I ciepło i rześko wraz. I nie późno, co istotne. Na ulicach , powiedzmy, miasta też nie za ludno. A i światła miętowe – samo rychtyk. Jak po maśle. Muzyczka prosto do ucha, wybrana osobiście, to i ulubiona. Czasu tyle akurat, żeby się nikt nie dziwował specjalnie u wrót robót - ani wte, ani wewte. Zwolnić, gdzie należy – śmiało, bez ujmy żadnej. Nie zwolnić – może być z ujmą. Jako i się zdarzyło dnia pierwszego kwietnia roku bieżącego. Nijak nie dało się panom policjantom wmówić, że to może psikus taki?

To – pomalutku, nie śpieszący zanadto. Na dróżce, co już wiejska, odmykamy okienko. I papierosek, co by te wonie wiosenne rozumka nadto nie zamroczyły. Kiedy te bzy tak wystrzelić zdążyły, że ściany się z nich porobiły nagle dziś właśnie? Ledwo wzrok odwrócisz – i masz! Wioska w te porę opustoszona. Dzieciaki – jak mniemam – w szatniach: 7:55. Mleko pozabierane, wozak sklepowy czy sklep wozakowy chyba tak po ósmej z dwie na swoim osobistym zakręcie staje – bo coś nie widać skubańca. Pusto. I miło.

A to złudzenie takie. Aha?!

Z bzy ściany wyspacerowywuje kundel bury. Z prawa. I też z nagła, jak te bzy , nie przymierzając. Czasu jakby mam i kawałka drogi niby. To go – z prawej łagodnym łukiem i po krzyku. A kundel paskuda – figa – będzie zawracał, ale! – chyba! Obstaję przy swoim: łukiem z prawa, może już nie takim łagodnym. Cóś się jakby wymkło, ten łuk zdaje się. I prosto w bzy ciągnie. Odbić w lewo! – głosy słyszę :) Rzut oka w lusterka wszystkie . I to także do poprawiania malunków na licach. Zbyt gwałtownie głosów posłuchała? W poprzek drogi leci, a poprzek krótki. A ono pomyka i słuchać nie chce głosów żadnych! No i czego te ludzie trawy wcale nie koszo?! Nie widać nic, gdzie się co kończy, a gdzie zaczyna, a by się przydało. W prawo! – znów te głosy :) I znów w poprzek. Ot się zaparło z tym poprzekiem. Nie dość to i jakby w przód. Bokiem po skosie, czy jakoś tak… A ściana bzowa – końca nie widać. Co będzie! Sprzęgło, noga z hamulca, obrót, hamulec, stop! Stoję tyłem. Do celu pierwotnego tyłem. A na pasie za to właściwym – do celu zamierzonego. Znaczy, przeciwnym, niż należy. No, sama nie wiem…

A te psy i te koty, i co tam jeszcze, to specjalnie tak tutaj tresowane?

Opóźnienie niewielkie, raptem, a …ze cztery minuty. Na zdziwienie żadne nie zasługuje jeszcze. A muzyczka – ino, ino, a muzyczka rżnie… :)

ŚNIADANKO NA KROPLI :)

maj 11, 2008 on 1:28 po południu | W NIE CAŁKIEM POWAŻNE | Brak komentarzy

Raz , dwa – co by tu? Co my mamy… jedna szafka, druga, szuflady, lodówka…

Dobra nasza – będą naleśniki!

Mąki kupka, dwa jajeczka :)

Soli szczypta, trochę mleczka :)

Patelenka na ogieniek :)

Prrrr..!, Oleju nie ma… :(

Wielka flacha , litrów trzy! Kiedy ona się zdążyła wyczerpać?! Toć ja prawie nie używam ponoć.

Zaraz! Nie taka całkiem pusta. Dziecku małemu, co już wylazło spod kupy wielkiej towarzystwa misiowego w liczbie…. Kto to policzy? Wysypują się z łóżka dywanik miękki z rana czyniąc i tyle.

O czym to ja…? …że dziecku małemu starczą dwa. Naleśniki dwa. A na dwa starczy też i oliwy ta ostatnia kropla. Misie większe ( Niedźwiedzie!) nim z barłogów wylegną, to się coś wykombinuje.

Bełtamy!

No i… misterny plan trafiło. Łapę niedźwiedzią czuje się wyraźnie, a stąpał bezszmerowo, jak nie niedźwiedź.

- Naleśniki będą z dżemem ulubionym! – radości co niemiara.

- Może będą… – radość mocno umiarkowana.

Odkładam na wszelki wypadek dwie sztuki w miejsce tajemne , „skrydą” zwane.

- Mamo! Patrz, gdzie chcesz strzepnąć! – przytyk całkiem zasadny.

- Patrzę… – no, teraz to już patrzę.

- A dobre będą?

- Zwykle, kiedy nie patrzę, gdzie strzepuję…

- Dobra, strzepuj, gdzie chcesz, żeby były, jak zwykle – puszcza oko i śmieje się na wspomnienie innego przypadku, wiem jakiego.

A, że ten Niedźwiedź pogadać lubi, oj lubi – to i gada. A do powiedzenia to on ma duuuużo. I całkiem niegłupio.

I tak to w towarzystwie niedźwiedzim i całkiem nieopatrznie naleśniki usmażyły się wszystkie na jednej kropli. :)

TRWOGA NIEWIELKA :)

maj 11, 2008 on 12:53 po południu | W NIE CAŁKIEM POWAŻNE | Brak komentarzy

Larum wielkie! Lament i wściekłość!

Leci matka, za nią ciotki dwie podążają dostojnie – jak na ciotki przystało.

Zabawka zapodziała się – oto przyczyna tej rozpaczy.

Sześciolatek zbuntowany przeciw całemu światu, dowiedzieć się trudno, o co zamęt ten. Zorientować się jeszcze trudniej – uważać trzeba dobrze, żeby nie rozdeptać czego. :D

Sześciolatka zagapiona na nieszczęście całe. Ino patrzeć, jak do wtóru zacznie.

Ciotka pyta, bardziej stwierdza prowokująco ( taka ciotka :) )

- A ty co, dziewczynko, nie płaczesz?!

Sześciolatka wyrwana z zagapienia:

- Bo ja znajdę zaraz inne rozwiązanie.

Ciotce mowę odebrało. Matka zajęta zbieraniem… szczęki; opadłej jej na samą podłogę. :)

WIOSENNE… ZAPOMINANIE SIĘ :)

maj 7, 2008 on 3:28 po południu | W NIE CAŁKIEM POWAŻNE | 2 komentarzy

Słońce błyszczące. Do upału daleko, ale chwilami niektórymi przypieka. Godzina umówiona – pośpiech wskazany. To się pośpieszmy ździebko na tej drodze, hej tam!

Pan miły ,jak zwykle , zaprasza w podwoje. Pośpiech swoje zrobił , i się zdążyło, i „zadyszało” z lekka. A tu … - w podwojach tych – spokój i błogostan. Nutki nie za głośne, a nader przyjemne. Chłódek trafiony w dziesięć. Wylegnąć niemal można na … no , na czym wylegnąć, jak nie na legowisku? Pan zabiera się fachowo i fachowość utrzymuje. Myśli krążą…, krążą… – byle nie zasnąć! W takim miejscu nie… wypada, co za brednie – nie wskazane! Mruczanko … przechodzi łagodnie w … hmmm… bzykanko? I znów mruczanko, i znów… i tak czas jakiś. Mgiełka wilgoci opada na twarz od czasu do czasu. Odlecieć … no, ledwo powstrzymać się udaje.

Pan sympatyczny i fachowy – dla przypomnienia – oznajmia: dzisiaj to wszystko, dziękuję.

Gdzie to takie serwują upojne zapominanie się? Ano, u dentysty. :)

CZAPKA …KOSMICZNA?

kwiecień 19, 2008 on 9:36 przed południem | W NIE CAŁKIEM POWAŻNE | Brak komentarzy

Znalazła se Koza copkem. Cieszyła się , jak… koza. Bo akuratna ta czapka była, jak dla Kozy specjalnie robiona. Jak ręcznie prawie. Jak ulał – rzekłbyś. A tu i zima blisko- najzimniejsza z zim – i się przydać może na główkę kozią głupiutką. By tam te resztki rozumku uchronić przed…, oj, przed wszystkim.

Niedługo uciechy tej było- zgubiła Koza czapeczkę. Larum podniosła nieziemskie . Szuka w płaszczu i w surducie, w prawym…, no , wszędzie szuka. Gdzie czapka podziała się!!!? W kosmos poleciała, czy jak? Gdzie w kosmos? W jaki kosmos? Toż czapki w kosmos nie latają same. Chyba. Trudno i darmo. Czapki brak. Posmutniało Kozisko, zmarkotniało po starcie takiej. Mija miesiąc, drugi mija, trzeci , piąty…

„Show must go on”, że za Fredkiem Wielkim powtórzę.

Nagle –gwizd; nagle- świst; para – buch …

Jest! Znalazła się czapeczka śliczna taka! Wysoko, wysoko …dosięgnąć …jak ją chwycić?! Wyciąga się Koza, jak długa, a długa nie jest, niestety. Podskakuje – skoczna jest; no – jak skoczna, tak nie daje rady. Toć jej czapka tam, niczyja inna i co? Nie sięgnie może? Kozą by nie była! A schodeczki, to od czego one są? Albo drabinka jaka? Dawać , dawać prędziutko!

Mam. Nigdzie się bez niej nie ruszę. Moja ci ona i basta. :D

KOZIE…:D PORANKI – wczesna WIOSNA

kwiecień 15, 2008 on 1:36 po południu | W NIE CAŁKIEM POWAŻNE | Brak komentarzy

Olśnienia – cudowny wynalazek. Olśnienia i przysłowia. I jak to w jedno olśnienie można się zakręcić, a w drugie okrzepnąć można raz dwa. Wkurzyć się też, ale przede wszystkim okrzepnąć. Trzepnął żeś zająca – brawo Jasiu (biedny miś). Tylko co ci z tego. Zając suchy , żylasty, o wątrobie nie wspomnę, że na nic zupełnie.

Czego kurna, jedziesz, kwadracie jeden, jakbyś tu królem szos był? Bardziej środkiem się nie da? Paski między koła, między koła, kurna, droga poprowadzi!

A przysłowie nr 1: Im lepiej poznaję ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta. No, to zjeżdżaj piesku z dróżki, bo pańcia dziś może nie wyhamować.

Ja pierdzielę! Ale wykwintna i wyrafinowana … aż się napisać boję!. Dzięki Aniele mój, jednak żeś czuwał, a ja tu psy już wieszać zaczęłam.

A ten łobaty, gdzie się kurna pcha na czwartego? Nie widzi, tłumok ślepy , że ja jadę na trzeciego?!?!?!

No wszystkie dzisiaj środkiem zapierniczają ! To nie sznurek, to, co takie białe! To paski, kurna namalowane przez takich samych , jak reszta – kwadratów, co to nie tyle finezji dostało im się od Pana Bócka (sorry- też chłopa), żeby się bawić w Arsena Lupina.

Ciężki egzemplarz, nie ma co. Ja, Koza, ciężki egzemplarz. Już się na mnie poznała za dziecięctwa – tego trochę starszego – moja pani od matmy. Że Koza to tak trochę wolno myśli. Ale!!! Powiedziała rzecz znamienną. Wolno, wolno, ale rozwiązanie zawsze jest prawidłowe. No i rację kobita miała ( bo kobita), jak nigdy. Orleańska, kurna! ( ja Orleańska i bynajmniej nie kurna) Głosy słyszy. Tłucze jej się coś, coś ją dusi pod żebrami, coś ściska pod czaszką. Więcej jeszcze , kurna, palić, pić , nie spać– dusić i łomotać przestanie , jak ręką odjął!

Noż kurna, rządkiem se na spacerek poranny wyjechali, ogony krowięce!.

Prawidłowe, prawidłowe. Rozwiązanie prawidłowe. Tylko nie można było jednak odrobinkę szybciej? No, Koza, proszę cię. Tak się zamotać….

Dobra, trochę sprawiedliwości. Jak się nie zamotać, do kurny nędzy? Ledwo rzekniesz słówko, że coś ci się tam …Ech , szkoda gadać. Piroman.

O! Jest kurna ten, co mi stanął dnia durno- dziwnego któregoś na samym przedzakrętem. Omal kobicie w nos jej niebiesiutkiego autka nie wjechałam przy wyprzedaniu tego gnoma, jak mi nieboga ( a ja jej) pojawiła się znienacka na pasie – jej pasie oczywiście. Ależ bym ci gościu miętki za takie suprajsy jaja obcasem przygnietła. Ale się kurna do roboty śpieszę, to ci tylko trąbnę. I tak nie będziesz wiedział, o co chodzi- – a ci w… i kawałek szkła.

Tylko jakiego groma …? I ki czort…? o tej samej porze….

Tak, tak. Zakręć się Koza na tej karuzelce raz jeszcze, to się w końcu porzygasz. Na razie to ci się żółć ino wylewa wszystkimi otworami, a najbardziej do środka. Do kiosku, kurna, po krzyżówki – raz!!! Jak się zagadek zachciewa!

A widział kto taką wariatkę?!?!?! Nikt nie widział, bo świat nie widział!

No, niech no który podejdzie z jakim … czymś sentymentalnym jakim.

Gdzie, kurna , bez kija, idioto!? Samobójca musi…?

Ot, rozgarnięta, jak kupka siana… :)

KOZIE …:D PORANKI – ZIMA

kwiecień 15, 2008 on 10:34 przed południem | W NIE CAŁKIEM POWAŻNE | Brak komentarzy

5:45 – budzik . Jeszcze chwila…

6:30 – nie wiem , co. Chwila minęła zajebiście szybko co najmniej pół godziny temu. Może jej w ogóle tam nie było, tylko od razu było po chwili?

Prysznic – 1,5 minuty, suszara na włosy – 1,5 minuty, makijaż- … no, chwilę – chyba się tamta znalazła.

Najstarszy Koziołek ( Kozioł już właściwie) przypomniał sobie ciut przed północą , że ma dzisiaj wycieczkę – może jakieś wspomożenie?

To , co w portfelu nie bardzo urządza.

- Mamo, wymyśl coś. – on to prosić umie, nie wiem po kim to ma.

Kawa + papieros – 5 minut . Luzik.

Budzę młodszego Koziołka. Czwarty raz? Taka metodyka się przyjęła. Ma na pierwszej lekcji sprawdzian – spóźnienie odpada.

Budzę Koźlątko najmłodsz. Pierwszy raz i ostatni, za to potrwać to musi. Dziewczynka musi się odkleić od łóżka, pieski (sztuk 2) pożegnać i ułożyć we właściwy sposób. Metoda taka.

Budzę Kozioła (najstarsze koźlątko znaczy).

- Wymyśliłam. Prowadzisz dziecko do przedszkola – przysposobiona na gotowo. Ja wiozę naszego Pottera do szkoły, wracam i po drodze zahaczam o bankomat. Pasuje?

Metoda niepedagogiczna, ale skuteczna jak nie wiem co.

Potter po piątym budzeniu i jednym klapsie ( lat 16, 5 , może jeszcze nie odda) – urozmaicenia wprowadzam do metody – podnosi się niechętnie i półprzytomny sunie do łazienki..

Mija chwila, mija druga. Cisza. Żeby choć jednej kropelki odgłos. Niechybnie zasnął.

- Hej tam w łazience?!

Cisza

- Haaaalo!!!

- Co?

- Raz dwa ! Późno!

- Sraczkę mam – odzywa się zrezygnowanym tonem.

Jeszcze sraczki mi dzisiaj drugiej brakowało.

Kanapki do pracy , papieros dopala się trochę sam, wychodzi Potter z miną nijaką taką.

Buty, kurtka, torebka, buźka z maleństwem – lecim.

7:45- ruszam spod bloku.

Aaaaaa, sraczka, prawda.

Zastanawiam się w skupieniu wielkim, gdzie jest apteka całodobowa, bo to ciągle jest jeszcze przed ósmą.

Jadę inną drogą niż zwykle. Potter się nie dziwi. On się rzadko kiedy dziwi.

Staję pod apteką. Proszę specyfik na wymienione dolegliwości. Wcześniej wysiadłam. A teraz wsiadam.

Młodzież sztuk jeden całkiem bezstresowo spędza sobie te momenty ostatnie przed sprawdzianem. Rzucam mu w biegu pudełeczko z lekiem.

- Co to?

- Od sraczki

- Co mam z tym zrobić? – dobre pytanie.

- Łyknąć dwie.

- Kiedy? – jeszcze lepsze.

- Przed lekcją.

- I tak nie zdążę, Ochrona zamyka szkołę o ósmej, a jeszcze przebrać się muszę.- no i wiemy już skąd ten luzik.

- Chyba przebierał się będziesz już za drzwiami, czy czegoś nie wiem?

- Ty wiesz , jaka tam jest zawsze kolejka w tej szatni – brnie dalej, z rozmysłem omijając logiczny argument z drzwiami.

Raz…, dwa…, trzy…, cztery…. Matka, nie matka, Teresa nie Teresa, granice są chyba jakieś?

- Słuchaj uważnie, bo nie ma czasu na powtórki. Wychodzisz z auta i pędem!

– Wiesz co to „pędem”? – kiwa, że wie.

No , to pędem do szkoły - 1 minuta. Do szatni – tym samym pędem – 0,5 minuty. W szatni – nie wiem, ile. Do łazienki ciągle pędem – 2 tabletki popić wodą.- minuta. Jesteś spóźniony ze 3 minuty wszystkiego, tragedii nie widzę. On zdaje się właśnie zobaczył.

Ale cisza trwa, chyba zrozumiał.

- A co te tabletki robią? Tak naprawdę.

Mnie na język można nadeptać.

- Wiążą wodę, synu, żeby nie poszła ci do tyłka i wtedy robisz gęsto, a rzadko.

Cisza, nie za długa tym razem. Nie zrozumiał znaczy. Dopytywał się będzie. Raz … dwa… trzy…

- To coś nielogiczne – bardziej do siebie , niż do mnie – gęsto i rzadko jednocześnie?

:)

« Poprzednia stronaNastpna strona »

Wpisy i komentarze feeds. Valid XHTML and CSS. ^Top^ Powered by WordPress