Z WILGOCIĄ JEJ DO TWARZY
październik 11, 2010 on 10:51 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyZ kłębowiska oparu wynurzają się kwiaty,
Z łąk i pól późnej wiosny wachlarz barw przebogaty.
W zwojach bieli płóciennej to wirują, to suną,
Kuchnia od nich tęczową wypełniła się łuną.
Upojona gorącem, w takt cygańskiej muzyki,
Rozsupłane swawolnie od gorsetu rzemyki.
Próżny trud, wstyd-rumieniec nie zagości na lica,
Wszak nie panna to młoda , no i też nie dziewica.
Kto by wiosny te zliczył, kto by śmiał jej pamiętać!
Lud bezgrzeszny niech zamknie odurzone oczęta.
Zapomniała się w tańcu, ledwo co, by w kipieli
Zmarnowała ze szczętem przepis-cud po kądzieli.
Szczęściem rozum – dwie uncje – przybył w porę z odsieczą.
Wystarczyło akurat. Miała więcej, po mieczu,
Roztrwoniła kóp kilka, żeby jeszcze hulaszczo.
Szare… trzy? Jednak cztery – w brydża rżną, że aż klaszcze.
Bo i czemu w paradnej między gary sukience?
Taką miała widocznie, no i nie wiem nic więcej.
Jak jej imię, tej bosej i wilgotnej od pary,
Nikt jej nie zna? I nie spotkał jej nikt? Nie do wiary!
Po indiańsku by było „ Z Pierogami Tańcząca”,
Esmeralda? Aisza? Blada Twarz trochę w mące.
NA MANOWCACH
październik 7, 2010 on 1:45 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyByło lato. W tej dobie noc nie przyszła po prostu.
Miedza trwała w milczeniu, rozstąpiły się osty.
Tak mi nagle ukląkłeś, z całą mocą przywarłeś…
Słowo każde wśród gestu okazuje się karle.
http://www.traveladventures.org/continents/asia/artpark05.shtml
JAKA MUZA, TAKIE PIEŚNI
październik 5, 2010 on 7:44 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyDo kobiety szyprowej przybłąkała się muza.
Zabiedzona , cherlawa i nieswoja. Jak cudza.
Co tu z taką uczynić? Suknie zwiędłe ma, zgrzebne.
W lichych byle łachmanach – gdzie jej loty podniebne?
Czemu przyszła, chudzina? Skąd to, komu i po co?
Od wrót raju do piekieł czarną włóczę się nocą.
Z nieba mnie wyprosili, że za dużo znów palę.
Z piekła też. Nie wiem czemu. Nic nie rzekli, nic wcale.
Może chora? No…, może. Czy to płuc zapalenie,
Czy to mocno dziurawe od palenia sumienie?
Albo, mówią, ze zespół serca znów złamanego.
Jakieś leki bym wzięła, ale nie wiem, od czego.
Co cię tutaj przygnało? Czy ci życie obrzydło?
Takie masz tu korzenne niepokoju pachnidło
I ginące w oparach satynowe światełko,
Jakby magik w księżycu ćwiczył zręczność perełką.
Jeśli każesz, przycupnę w tym najdalszym kąciku
Z towarzystwem nostalgii i pamiątek bez liku.
Kiedy jednak pozwolisz, pyknę z fajki bosmana,
Dziwnym słowem zalepię, gdy otworzy się rana.
Gawędziły do późna, poszły spać już po brzasku.
Muza w szacie za luźnej, pani w szyprach i w masce.
Dzikie sny, tak jak wino, zaplątały się w głowie.
Muza znikąd, zdziczała, zamotana w szyprowie.
ŻYCIE W REMISJI
październik 5, 2010 on 7:55 przed południem | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyTrzeba mi rąk co najmniej sześciu
I jeszcze jedno jakieś ciało.
Żadnych wymagań z tych niewieścich,
Ot, żeby mi nie chorowało.
Najlepiej takie, że bez uszu,
Głuche na szepty, na westchnienia.
Źrenice niech mu toną w suszy,
Za to nie musi mieć sumienia.
Niewielkiej wiary żeby było.
I niechby nic mu się nie śniło.
SPIS Z NATURY
wrzesień 10, 2010 on 2:50 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyMożna pretensje do jarzębiny
Wnosić od lipca, że bez przyczyny
Karmi się, poi, syci czerwienią,
Panny tak ładnie się nie rumienią.
Można już w sierpniu – w ciężkich buciskach,
Z butą więc – biegać po świeżym rżysku,
No i z tobołem; na losy wszelkie
Mieć rozwiązania: gwóźdź, sznur, butelkę…
Można żaglówką w kapokach pięciu
Łechtać próżności z pasją. I spięciem.
A wyczynowo w pełnym rynsztunku
Fantazji szablą machać przy trunku.
Kto ten, co słotną porą wrześniową
W sandałach letnich rusza, na słowo,
Za ekwipunek mając wspomnienie
Babiego lata przeszłej jesieni.
Kto, pytam, sięga zmrożonym grudniem
Na przyszłej wiosny lekkie południe,
Przyszłego lata żar już od rana
Spojrzeń złaknionych: jesteś, kochana.
SMAK BEZGRZECHU
sierpień 31, 2010 on 7:50 przed południem | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyNajładniejszy lata ostatni kawałek
Dzielony na dwoje trochę obcych ludzi.
Sięgają. I słowa, i gesty zbyt śmiałe
Mogłyby – tak po nic – śpiące licho zbudzić.
Kropelkom podobni drżącym wiotko w sieci
Pająka-łobuza wabiącego zdobycz
Lub wróbla trzepotom, zda się zaraz wzleci,
Tańczy na gałęzi, chce jeszcze tu pobyć.
Tętno dwojga czuwa, w sny zejść nie zezwala.
Wabi, jak ten pająk, znowu palcem kiwa
Morfeusz znużony, kołysze na falach.
Mocno niecierpliwy zebrać swoje żniwo.
Poruszenie każde oddane nawzajem,
Odpowiedzią dotyk motylego skrzydła.
Nieproszeni goście: brzask, jaźń i rozstaje
I ta nieobecność, co już całkiem zbrzydła.
Smak dwu ciał harmonii z rozmysłem sączymy
W półśnie a półjawie, umyślnie w bezgrzechu,
Na wolniutkim ogniu smażony, do zimy
Przetrwa konfiturą leśną z półuśmiechów.
BURSZTYNY
sierpień 27, 2010 on 8:27 przed południem | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyA miała kiedyś oczy pełne ciemnego bursztynu,
Wodospadem w nich płynął.
Zazdrościły mu skrzącej wartkości śmigłe jaskółki,
Poślednie kreśląc kółka.
Zachłannie spozierał księżyc zżółkły ukradkiem wielkim,
Posiąść cztery perełki.
Po jednej na pory roku licząc od jarzębiny,
Na radości bez kpiny.
Gościł w tych jej bursztynach ciemnych blask; burze wzdychały,
Błyskawice za małe.
Zapomniany w dzikości krzew, po stopy w żurawinie
Zatroskany, że zginie.
Gdzież było mu stawać z czarownością jej słodko-cierpką,
Hańba w byle lusterko.
***
Bursztyn zastygł w skrzydłach jaskółki.
Perły? Słone, w słoje na półki.
Księżyc w smugach ukląkł. Przybieżył
Wspak odmawiać razem pacierze.
ALIAŻ SZAROŚCI
sierpień 17, 2010 on 2:07 po południu | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyNajpiękniejsza jest taka w pełnej gamie szarości,
Porywana wiatrami gór i morza przemiennie,
Układana na przyszłość, załamuje nicości,
Satynową gładkością połyskuje codziennie.
Czasem płótna szarego prowokuje zgrzebnością,
Ze zmarszczkami na zawsze, prasowaniom oporna,
Za to ciągle w całości, chociaż wykwintnym gościom
Pospolita zbyt może się zdawać, toporna.
Na tej wielkiej płachcie, szorstkim obrusie
Pośród kilku tysięcy plam niezręczności
Rozkwitają polany – i nie dają zagnuśnieć –
Kwiatem drobnych podarków. Ot, kolory miłości.
KOSZTOWNIE SŁONO
sierpień 11, 2010 on 8:42 przed południem | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyJeśli tylko im spłynąć pozwolisz,
To rozpuszczę się w nich aż do cna.
One w mojej, czy ja w ich niewoli?
Czyj rytuał, czyja to gra?
Ogryzione wspomnienia do kości
Dławią, leją słono do szkła.
Co to wciąż wystukuje w ciemności
Równy rytm: ta-ta-tam, ta-ta-tam… ?
BEZ TYTUŁU
sierpień 5, 2010 on 11:31 przed południem | W BEZ-MIARY | Brak komentarzyNad blaszanym garnkiem całą mądrość skupia:
Nie przypalić wody. Uda się! Nie głupia!
Ucząc na przykładach wczorajszy garnuszek
Skręcał się, wyginał, trafiał mimo uszu.
Dziś zaznajomiona z konwenansem życia.
Wsłuchana lubieżnie w bulgotanie picia
Zażegnuje gasząc zarzewia do sporów
O fizyczne prawa. Światły geniusz w wory
Pękato-bogate, równo ustawione.
Pomylony amant weźmie je za żonę.
Posażnie mamiące bogactwo niczyje.
Co to, nieistotne. Sparcieje i zgnije.
Pożytek dialogu z cembrowaną studnią:
Echo odpowiada, o pokrywkę dudni.
Wpisy i komentarze feeds. Valid XHTML and CSS. ^Top^ Powered by WordPress